Przyglądam się sondażom dotyczącym frekwencji wyborczej i nie przestaję się dziwić. 13 procent? Trzynaście? Tylko co dziewiąty Polak uprawniony do głosowania zamierza głosować w wyborach do europarlamentu? Dlaczegóż to?
Ostatnio miałem okazję zapytać o to jedną panią. Bardzo sympatyczną, operatywną, inteligentną. Jest przedstawicielem jednej z sieci komórkowych. Owa pani stwierdziła, że nie zagłosuje, bo żaden kandydat nic jej nie dał (!). Nie załatwił, nie zadziałał itp. Dodam, że pracuję w sztabie profesora Zaborniaka - on jeszcze nie mógł Pani nic załatwić :)
Niefrasobliwość mojej rozmówczyni - zaznaczam raz jeszcze - kobiety bardzo inteligentnej, nie zniechęciła mnie do próby przekonania jej o tym, że jednak warto chyba iść na wybory... Podam następujące powody:
1. My nie pójdziemy, pójdą mieszkańcy Małopolski, albo na przykład innej części województwa, powiedzmy Kielc. I potem nie ma się co dziwić, że płacimy na teatr wojewódzki w Kielcach, filharmonię, a jakże - wojewódzką, w Kielcach, remontuje drogi w Kielcach, i tak dalej... (Kielce stanowią tu tylko przykład).
2. Nie wybierzemy profesora, człowiek o wysokiej kulturze, to inni wybiorą np. członka Samoobrony. I ten będzie w Brukseli samym sobą dawał przykład Polaka... Ja jednak wolałbym profesora zamiast Leppera czy Begerowej...
3. Przy niskiej frekwencji dużo głosów i mandatów zdobędą kandydaci dawnej LPR - dziś "Libertas"... Partia, która sprzeciwiała się rzekomo wykupywaniu Polski przez bogaczy z zachodu, dziś sprzedaje się za pieniądze takiemu właśnie bogaczowi. I dorzuca Lecha Wałęsę w roli wykładowcy :)) LPR w pierwszych eurowyborach zdobył drugie miejsce !!! Chcecie Państwo europosła Wierzejskiego?
4.
